Jednym z elementów mojego stypendium z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego było prowadzenie obserwacji w różnych muzeach. Zdecydowanie najprzyjemniejszą wizytą była to w Leśniczówce Pranie, a dokładnie w Muzeum im. K. I. Gałczyńskiego. Pojechałam tam zobaczyć nową, bo skończoną w 2023 roku wystawę stałą. Jeśli ostatnio byliście tam jako dzieci, na letnich koloniach, to w kolejne wakacje wybierzcie się tam ponownie!
Zwykle nie tyle oceniam wystawy, co raczej obserwuję zachowanie odbiorców. Ale niewielkie wnętrza, charakter ekspozycji oraz fakt, że byłam tam po sezonie, sprawiły, że zamiast przyglądać się zachowaniom innych zwiedzających oddałam się przyjemności zanurzenia w opowieść o mazurskiej przystani Gałczyńskiego.
Co mi się podobało?
Wystawa wydała mi się bardzo spójna i jednocześnie różnorodna. Widać było rękę literatów w scenariuszu – zarówno w konstrukcji opowieści, jak i użytych środkach wyrazu. Historia skupia się na mazurskim fragmencie biografii, ale „terapeutyczny” pobyt w leśniczówce pokazuje na tle całego życiorysu, realiów politycznych oraz kontekstów dla trudnych wyborów poety. Dzięki temu lepiej rozumiemy gęstość emocjonalną tych w sumie niespełna 10 miesięcy spędzonych w Praniu. Zwłaszcza, że ostatni z nich skończył się kilka tygodni przed nagłą śmiercią.
Uruchamianie emocji
Właśnie emocjonalność tej wystawy jest jednym z jej największych atutów, moim zdaniem. W przypadku muzeów biograficznych wydaje się czymś nieodzownym, a jednak nie zawsze tak jest. W Praniu emocje pojawiają się już w pierwszym pomieszczeniu – kiedy gaśnie światło, a my wprowadzeni jesteśmy w nastrój wieczoru w odludnej leśniczówce, z bulgoczącą na ogniu wodą na herbatę i uspokajającą obecnością leśniczego Popowskiego. Nastrój budują: głos mówiący w ciemności, fragmenty wierszy Gałczyńskiego, operowanie światłem i wydobywanie z mroku ważnych obiektów lub słów.
Prowadzenie uwagi
W pierwszych chwilach zwiedzania uwaga odbiorcy jest całkowicie prowadzona – kiedy gaśnie światło oddajemy się we władanie twórcom wystawy. To genialny zabieg na początek, trochę jak w hipnozie musimy się poddać głosowi. A potem dać prowadzić światłu. Oprócz tego, że uruchamia to emocje i trochę wygasza w nas racjonalną i zdystansowaną część, to jest ciekawym i rzadkim ostatnio zabiegiem. Odważnym i ożywczym na tle tych wszystkich wystaw, które kuratorskim tekstem zachęcają do meandrowania pomiędzy wyspami znaczeń, wielowątkowego podążania różnymi ścieżkami zwiedzania, swobody eksploracji, a jednocześnie w pierwszym tekście narzucają sztywną i zarazem mglistą ramę intelektualną.
W Praniu twórcy wystawy nie bali się „ograniczyć wolności” odbiorcy, poprowadzić jego uwagę i wciągnąć go w wykreowany, sugestywny świat.

Zróżnicowanie środków
Jednak już chwilę później wracamy w bardziej klasyczną „sytuację muzealną”. W jasno oświetlonym pomieszczeniu zaczynamy poznawać życiorys poety – rodziców, pedagogów, lata warszawskie i moskiewskie, pierwsze próby literackie, debiuty, publikacje w kolejnych pismach, działalność w Kwadrydze, służba wojskowa, ślub, Berlin, Wilno, wojna, pobyt w stalagu… Przechodzimy przez pomieszczenie dookoła, niczym przez krąg życia. Oglądamy fotografie, pamiętniki, rękopisy, wycinki z gazet, listy… Poznajemy konteksty społeczne, polityczne, stosunek poety do wojen ideologicznych.
A w centrum tego kręgu na podwyższeniu zaaranżowany warsztat pracy poety – scenografia łączy się tu w całość z cennymi pamiątkami i lokalnymi akcentami. Kiedy krążymy po kręgu zatrzymuje nas pewne zdjęcie, małe, niezbyt wyeksponowane, ot jedno z wielu… Ale patrzymy i myślimy „zaraz, jak to, przecież”, sprawdzamy na telefonie i już nas ta tajemnica trzyma w garści… Na równi z dramatem końca życia poety, który w leśniczówce lizał rany po ataku na jego twórczość i… pisał dalej.

W kolejnych pomieszczeniach znów zmienia się światło i kolorystyka. W ciemnej sali, niczym w teatrze lub kinie, ponownie wchodzimy w wykreowany świat, ale tym razem jest to świat twórczości teatralnej i kabaretowej. Mamy tu m.in. archiwalne nagrania, film, afisze, płyty i wielkoformatowe zdjęcie poety w pozie czarodzieja teatru.
Następne pomieszczenie ponownie się rozświetla. Tutaj dowiadujemy się o związkach Gałczyńskiego z muzyką – poznajemy zarówno muzyczne inspiracje, ulubionych i współczesnych kompozytorów poety, jak i jego wkład w historię polskiej muzyki (piosenki z jego tekstami śpiewali m.in. Maryla Rodowicz, Anna German, Magda Umer, Piotr Fronczewski, Michał Bajor, Grzegorz Turnau, Kazik Staszewski, Anna Maria Jopek). Wszystko to na tle lasu (wielkoformatowe zdjęcia) i pomiędzy słupami-drzewami (do których można było przyłożyć ucho i usłyszeć muzykę). Natomiast do odsłuchu piosenek przewidziano słuchawki umieszczone przy okładkach płyt, z których pochodziły utwory.

Kolejne pomieszczenie to opowieść o żonie poety, o łączącej ich relacji, córce. Można by pomyśleć że to oda do miłości życia… I w jakimś sensie poeta całe życie tę odę pisał. Ale… Tu wraca tajemnica – temat „obozowej żony” i syna Konstantego wychowującego się bez ojca gdzieś na innym kontynencie. Widzimy m.in. zdjęcia obojga dzieci, które poznają się już jako dorośli ludzie. To pęknięcie przełamuje opowieść, intryguje, rodzi pytania o to, jakim człowiekiem był Gałczyński, z jakimi demonami się mierzył i jaką cenę zapłacili za to bliscy. Ale też pytanie, czy to dlatego nowa wystawa powstała już po śmierci Kiry Gałczyńskiej, która do końca życia była związana z muzeum poświęconym ojcu?

Dzięki temu, że wystawa operuje tak różnymi środkami wyrazu – zmieniającymi się kolorami, światłem, materiałami, typami obiektów, emocjami, tematami – przez cały czas utrzymujemy uwagę i ciekawość. Twórcy ustrzegli się też pokusy nadmiaru – nie mamy kilkudziesięciu płyt czy afiszy, tylko kilka; mamy jedynie fragmenty wierszy, a parę utworów możemy zabrać „na wynos” (w formie luźnych kartek); nie poznajemy wszystkiego, co Gałczyńscy robili w Praniu (o tym możemy więcej poczytać na stronie); w pomieszczeniu biograficznym część archiwaliów mamy w szufladach, dzięki czemu na pierwszy rzut oka nie przytłacza nas nadmiar. Ale jeśli chcemy, możemy zanurzyć się głębiej w niezwykły życiorys poety.

Szersze tło
Biografia Gałczyńskiego to fascynująca opowieść. Żył w czasach, które naznaczały życiorys każdego twórcy – dwie wojny światowe, ścieranie się wielkich ideologii, upadek światów i rodzenie się nowych, zaciskające się wokół artystów pętle totalitaryzmów, niepewność, strach. Wystawa próbuje pokazać te konteksty, nie wybiela ani nie ocenia poety, ukazuje szersze tło. A jednocześnie nie przytłacza faktami i obiektami – można się wczytywać w kolejne etapy biografii i przyglądać każdej pamiątce, albo nabrać ogólnego wyobrażenia o życiu poety i zakotwiczyć je w znanej nam historii Polski i kontynentu.
Spójna narracja i miejsce akcji
Opowieść układa się w całość. Ale pozostawia miejsce na interpretację, na podążanie za wybranymi wątkami, na tropienie „niepasujących”, niepokojących elementów. Osadzona jest w tym konkretnym miejscu – nad jeziorem, w lesie, w ciszy. Szerszym tłem jest więc nie tylko historia Polski przed- i powojennej, ale też Mazury (muzeum przygotowało propozycje spacerów śladami Gałczyńskiego).
Wzruszenie na polanie
To miejsce wciąż działa. Zwłaszcza po sezonie, kiedy robi się pusto. Kołyszący się pomost, pojedyncze łódki na horyzoncie, ściana drzew, łopot skrzydeł ptactwa wodnego. Można poczuć doznania zmysłowe i emocje, które prawdopodobnie towarzyszyły poecie, kiedy przybył tu pierwszy raz – Gałczyńscy w 1950 roku przypłynęli do Prania łódką.

[Wielki plus dla muzeum, że tablica informacyjna znajduje również od strony wody – w końcu na Mazurach wielu turystów to żeglarze].
Ale najsilniejsze emocje poczułam na polanie obok leśniczówki, już po zwiedzaniu. Na środku pustej polany siedział poeta i czytał na głos wiersz. Miałam ciarki na plecach i łzy w oczach.

Nie miało znaczenia, że była to tylko rzeźba i nagranie z głośnika. Był obok, siedział zamyślony, może nawet smutny, zapatrzony w jezioro w oddali. A ja po zwiedzaniu miałam wrażenie, że rozumiem go bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.
Tekst powstał w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego na rok 2024.

Dodaj komentarz