Dzisiaj pierwsze case study: wnioski z kilkugodzinnych obserwacji prowadzonych na wystawie “Dzieciństwo” w Państwowym Muzeum Etnograficznym w Warszawie. Jak ludzie ją zwiedzają? Co ich przyciąga? Co pomijają? Jak działają elementy wystawy?
Zacznę od zastrzeżenia metodologicznego. Moich obserwacji nie można traktować jako pełnoprawnego badania. Wprawdzie i studium przypadku i obserwacja uczestnicząca są metodami badań jakościowych, ale nie za każdym razem mam możliwość realizacji ich w taki sam sposób. Mimo to wnioski z obserwacji wydają mi się wartościowe – już po kilku godzinach spędzonych na wystawie widać powtarzające się wzorce zachowań odbiorców. Poza tym, umówmy się, ilu kuratorów poświęca choćby te kilka godzin, żeby przyjrzeć się, jak zwiedzają wystawę tak zwani zwykli ludzie? Niewielu, by nie powiedzieć, że prawie nikt. A szkoda, bo wiele można się dowiedzieć!
A teraz wróćmy do “Dzieciństwa”. Wystawę widziałam już kilka miesięcy temu i bardzo mi się podobała. Zwłaszcza wprowadzenie 6 bohaterów reprezentujących kolejne pokolenia. Historie dzieci podziałały na mnie emocjonalnie – szczególnie, że o moim dzieciństwie opowiadała biografia … Magdy, czyli mojej imienniczki. Podobało mi się, jak te opowieści zostały napisane – prostym, obrazowym i sugestywnym językiem. Przekonujący był dla mnie też tekst o wystawie, wyjaśniający m.in. w jaki sposób dobrano “typowe” doświadczenia dzieciństwa i jakie się z tym wiążą uproszczenia lub pominięcia innych doświadczeń (np. dorastania na wsi). Dobrze czułam się w jasnej przestrzeni i w minimalizmie ekspozycyjnym (ale znalazło się miejsce na urzekające i adekwatne do tematu wystawy zabiegi – jak wiatraczki pod sufitem).
Znałam wystawę, więc podczas obserwacji mogłam skupić się na tym, jak ją odbierają zwiedzający.

Walltext – niewykorzystany potencjał
Niemal nikt nie czytał walltekstu! Ani części dotyczącej tego, jak można zwiedzać wystawę, ani kuratorskiego expose, ani tych naprawdę świetnie napisanych i emocjonujących historii dzieciaków z kolejnych pokoleń. Czyli coś, co miało ułatwić zwiedzanie (instrukcja) i już od początku zaangażować emocjonalnie odbiorców (historie) nie zadziałało! Strasznie szkoda.
Dlaczego tak się dzieje? Moim zdaniem są dwa powody:
- Tekst jest umieszczony tak, że wchodzący mogą go nie zauważyć – niby na pierwszej ścianie, ale po wejściu do sali zwiedzający mają tę ścianę za plecami. Ich wzrok pada więc najpierw na salę i eksponaty. Mogą więc odruchowo podążyć w ich kierunku. A część tekstu, ze schematem zwiedzania, jest jeszcze bardziej schowana – wyklejona w rogu, za wnęką na drzwi.
- Gęste ułożenie tekstów zniechęca do czytania – mimo przyjaznych wąskich kolumn poszczególne teksty są gęsto upakowane. A dodatkowo, pod nimi, znajdują się znaki, których znaczenie jest niejasne (mogą być uznane za dekorację albo za jakąś tajemną instrukcję, która wydaje się mega łamigówką). Do tego tytuł wystawy rozbity na części umieszczone w kilku wierszach plus różne kolory kafelków – wiem, że to odniesienie do szachownicy i sposobów zwiedzania, ale na pierwszy rzut oka utrudniało to percepcję, zwłaszcza jeśli stało się bezpośrednio przy ścianie. Te zabiegi sprawiły, że przyjazne teksty mogły się wydać ścianą tekstu nie do sforsowania. Dlatego nawet osoby, które zauważyły walltekst dosyć szybko rezygnowały z czytania.
W czasie mojej kilkugodzinnej nieobecności nikt nie przeczytał całości! Tylko kiedy weszłam na wystawę, dwie osoby stały i czytały – ale nie wiem, kiedy zaczęły i czy przeszły przez wszystkie teksty albo chociaż przez poszczególne historie.

Sugerowane ścieżki zwiedzania
Z opisu wystawy dowiadujemy się, że wystawę można zwiedzać na dwa sposoby – podążać za historiami bohaterek i bohaterów wystawy albo za kategoriami tematycznymi: obecność, troska, powinność, frajda oraz autonomia. Patrząc przestrzennie, można było zwiedzać albo wzdłuż sali albo w poprzek. Trochę jak na szachownicy – zresztą to porównanie znalazło na walltekście wraz ze schematem zwiedzania i kolorami, które miały ułatwiać identyfikację obiektów. Były też oznaczenia jak na planszy (np. 2D) które miały ułatwiać zorientowanie się, na którym polu jesteśmy – w której historii i kategorii, ale nie wydaje mi się, żeby ktoś korzystał z tego systemu.
Informacja o tych dwóch możliwościach była zarówno na ścianie z tekstami, jak i w opisie na stronie internetowej. I znów – tekstu na wystawie niemal nikt nie czytał, a opisu ze strony ludzie albo nie znali albo nie pamiętali, ponieważ większość zwiedzających poruszała się po wystawie w sposób wyglądający na przypadkowy.
Mało kto zauważał nazwy kategorii umieszczone na bocznych ścianach, a chyba nikt nie uznał, że jest to wskazówka co do sposobu zwiedzania. Nie widziałam też, żeby ktokolwiek zorientował się, że na kubikach naniesiono kolory i oznaczenia, które miały ułatwiać identyfikację obiektów. Mimo że na walltekście znalazło się porównanie do szachownicy i schemat poruszania się wraz kolorami (ale przyznam się, że sama zauważyłam go i rozszyfrowałam dopiero, kiedy oglądałam zdjęcia z wystawy – tyle się na tej pierwszej ścianie działo!).
Miałam też wrażenie, że część zwiedzających myślała, że wystawa “Dzieciństwo” jest… dla dzieci. Oświadczyła o tym duża reprezentacja rodzin z małymi dziećmi. Ale może to też efekt tego, że Muzeum dzięki konsekwentnej polityce edukacyjno-wystawienniczej skutecznie i trwale pozyskało odbiorcę rodzinnego.

Jak odbiorcy sobie radzili? Jak zwiedzali?
Przeważała strategia “Co tu jest? Czy warto się w ogóle zaangażować? W tej wersji ludzie skanowali wzrokiem wnętrze sali, trochę “na próbę” podchodzili do paru obiektów i sprawdzali, czego się mogą spodziewać po wystawie. Pobieżnie oglądali eksponaty i zerkali na opisy. Przełomowym momentem było trafienie na obiekt, który pamiętali z własnego dzieciństwa albo z dzieciństwa ich dzieci. Wtedy uruchamiały się emocje i tym samym zaangażowanie! Aha, to o mnie! Jednak jest tu coś dla mnie! Dalej szli już od obiektu do obiektu – niektórzy w końcu orientowali się w porządku czasowym i albo zaczynali oglądać wystawę od początku albo po prostu oglądali sąsiednie i kolejne obiekty.
Drugą strategią było wyłonienie wzrokiem jakiegoś wyróżniającego się obiektu. Na przykład takiego, który był wyższy, wyeksponowany poza gablotą albo w jakiś sposób wydawał się znajomy – najczęściej był to koń na biegunach. Niektórzy szli do drugiego pomieszczenia, bo widzieli i słyszeli, że jest tam puszczany film. W te – w jakiś sposób wyróżniające się miejsca -kierowali pierwsze kroki. Potem rozglądali się i zastanawiali, jak dalej zwiedzać. Najczęściej podchodzili do przypadkowego albo najbliższego eksponatu. Dalej scenariusz wyglądał podobnie jak w pierwszej strategii. Ludzie zaczynali się angażować, pochylać nad obiektami albo rozmawiać ze sobą, kiedy zauważali coś, co kojarzyli z własnego doświadczenia.
W obu tych strategiach ciekawy był moment, kiedy rodzice albo opiekunowie dzieci stawali się ekspertami. Było to właśnie wtedy, gdy rozpoznali znajomy obiekt na wystawie. Zaczynali opowiadać dzieciakom o swoich doświadczeniach, dzielili się rodzinnymi wspomnieniami. Najmocniej działało to, kiedy eksponat dotyczył obu pokoleń – najczęściej działo się to przy gazecie, w której drukowane były informacje o narodzinach dzieci z danego miasta. Rodzicom przypominało się, że mają wyciętą taką informację o swoim dziecku, którą do dziś przechowują w rodzinnym archiwum. To czyniło z dzieci bohaterów wystawy, a nawet wręcz… celebrytów 🙂
Nieliczna grupa szła ścieżką chronologiczną – albo od najstarszego albo od najmłodszego pokolenia. Zwykle jednak było to dziełem przypadku albo wynikało z potrzeby nadania porządku, choćby przestrzennego, zwiedzaniu. Dla tych osób utrudnieniem było to, że początek każdej historii był od strony wejścia na wystawę. Jeśli więc ktoś odkrył porządek czasowy, to aby podążać zgodnie z nim, po zakończeniu opowieści o jednym pokoleniu, wracał na “początek planszy”.
Była też grupka osób, które były mało zainteresowane obiektami, za to z uwagą studiowały dane liczbowe i statystyczne umieszczone na drugiej ścianie. Najczęściej byli to mężczyźni, którzy najwidoczniej czuli się pewniej wśród liczb i faktów niż wśród eksponatów.
Tylko jedna osoba podchodziła do eksponatów i słuchała nagrań dostępnych w słuchawkach. Czasem dzieci zakładały słuchawki, ale widocznie spodziewały się czegoś innego, bo robiły to tylko raz, maksymalnie dwa razy.
W ciągu tych paru godzin zauważyłam tylko jedną parę, która obejrzała z uwagą całą wystawę – podeszli do każdego obiektu, przeczytali każdy opis przy obiektach oraz wszystkie teksty ze ściany z danymi. Żywo też dyskutowali o oglądanych eksponatach i ewidentnie cieszyło ich zwiedzanie. Ale nawet oni nie przeczytali walltekstu! Mimo to odkryli porządek czasowy i po zakończeniu każdej historii wracali na początek kolejnej. Spędzili na wystawie sporo czasu i nie było po nich widać nawet śladu zmęczenia. Co więcej, po zakończeniu zwiedzania żwawym krokiem ruszyli na kolejne piętro muzeum. Okazuje się więc, że idealni zwiedzający – marzenie każdego muzealnika – jednak istnieją 🙂 Ale być może występują tylko w tych dwóch egzemplarzach. Miałam ochotę pobiec za nimi i zaprosić ich do mojego muzeum!
Co z tego wszystkiego wynika? Refleksje, wnioski i rekomendacje
Walltext
My muzealnicy wiemy, że każda wystawa ma walltekst z informacjami o wystawie. Dlatego zwykle się za nim rozglądamy, zanim zaczniemy zwiedzać. Ale najwyraźniej odbiorcy tego nie wiedzą i sami z siebie nie szukają tych tekstów. Warto więc umieszczać je w takim miejscu, w którym będą dobrze widoczne zaraz po wejściu albo jeszcze przed wejściem na wystawę.
Warto też zadbać, żeby nie była to odstraszająca ściana tekstu. Podzielić tekst na mniejsze – również wizualnie – kawałki. Założyć, że odbiorcy nie wszystko przeczytają i zrobić wszystko, żeby ułatwić im przeczytanie tego, co naszym zdaniem jest najważniejsze i co najszybciej uruchomi emocje i tym samym zaangażowanie. Usunąć wszystko, co zbędne, niezrozumiałe albo co odciągnie uwagę od tego, co najważniejsze.
Wskazówki dla zwiedzającego
Wskazówki dla zwiedzającego dobrze jest umieszczać w jego polu widzenia – dlatego projektowanie to również testy w przestrzeni, a nie tylko praca przy komputerze. Czasem lepiej wymalować lub wykleić ścieżkę na podłodze niż ją opisywać w walltekście. Czasem sprawdzi się napis START albo strzałka. Warto też powtarzać wskazówki w różnych miejscach – np. nazwy kategorii można było wydrukować w kolorach, które im odpowiadały i które były na ekspozytorach i w tekście.
Wybór sposobu zwiedzania
Czy dawanie wyboru ścieżki zwiedzania to dobry pomysł? Nie wiem.
W teorii brzmi dobrze – jako większa wolność dla zwiedzającego. Ale w praktyce często okazuje się, że zwiększa to zagubienie albo brak komfortu zwiedzającego. Człowiek wchodzi w nieznaną przestrzeń, dociera do niego mnóstwo nowych bodźców, jego mózg musi więc szybko zorientować się w sytuacji. W tej sytuacji obciążanie go dodatkowymi zadaniami i decyzjami wydaje się raczej utrudnieniem niż ułatwieniem.
Bliżej mi więc do opinii, że w większości przypadków to kuratorzy powinni wziąć na siebie ten trud i wybrać najlepszy ich zdaniem sposób zwiedzania (a odbiorca i tak zrobi, co zechce).
Tutaj ciekawe były obie opcje zwiedzania – najfajniej byłoby przejść historiami (bo opowieści o ludziach wzbudzają więcej emocji niż abstrakcyjne pojęcia), a potem kategoriami, żeby zobaczyć jak doświadczenie dzieciństwa się zmieniało. Ale tak realnie – kto przejdzie tę samą wystawę dwa razy?
| A tak na marginesie mam refleksję, że opowiadanie za pomocą kategorii to ulubiony zabieg muzealników. Ale to temat na osoby wpis, który na pewno się kiedyś pojawi. |
Są jednak sytuacje, że wybór może wynikać ze scenariusza wystawy – wtedy ma to sens, ale i tak trzeba to zrobić umiejętnie. Pokazać ten wybór BARDZO wyraźnie – tak żeby zwiedzający nie przeoczył momentu, w którym ma podjąć decyzję. A przede wszystkim nadać decyzji walor emocjonalny – żeby nie był to wybór techniczny, tylko osobisty (np. co byś zrobił_a na miejscu bohatera wystawy i jakie by to przyniosło konsekwencje?).
Ludzie lubią „Dzieciństwo”
Najważniejszy wniosek jest taki, że odbiorcom wystawa się podoba! Ci, których obserwowałam, znajdowali tam opowieść o sobie, swoich rodzicach, dziadkach lub dzieciach. Żywo reagowali niezależnie od wieku. Na pewno ich zaangażowanie i satysfakcja rosła, kiedy odkrywali coś o sobie i/lub kiedy stawali się ekspertami (mogli opowiedzieć innym o znajomych przedmiotach). O emocjach i sentymencie świadczyły wpisy w książce pamiątkowej – zwłaszcza starsze osoby pisały o nostalgii, uruchomieniu wspomnień, podróży w czasie. Z kilkunastu wpisów przebijało wzruszenie i wdzięczność dla twórczyń i twórców wystaw. A też spora frekwencja – po prawie 10 miesiącach od otwarcia! – była dowodem na zainteresowanie odbiorców.
Wystawa jest pokazywana do 2 czerwca 2024 roku, więc jeszcze zdążycie ją zobaczyć! Na kolejny długi weekend jak znalazł 🙂
Tekst powstał w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego na rok 2024.

Dodaj komentarz