Skansen, czyli nowoczesne muzealnictwo

Na ostatnie „stypendialne” wpisy zostawiłam sobie najprzyjemniejsze miejscówki. Zwiedzanie połączone z byciem poza miastem, blisko natury i w zwolnionym rytmie. Była już leśniczówka w Praniu, a dzisiaj będzie skansen we Wdzydzach, czyli Muzeum – Kaszubski Park Etnograficzny im. Teodory i Izydora Gulgowskich we Wdzydzach. Minęło już trochę czasu od mojej wizyty, więc jeśli coś pomylę, śmiało mnie poprawiajcie.

Pierwszy skansen w Polsce

Muzeum we Wdzydzach Kiszewskich powstało w 1906 roku i było wówczas pierwszym na ziemiach polskich muzeum na wolnym powietrzu. Założyli je Teodora i Izydor Gulgowscy. Zaledwie 15 lat po utworzeniu pierwszego na świecie open air museum!*

Początki muzeum we Wdzydzach to była jedna gburska chałupa z XVIII wieku odkupiona od miejscowego gospodarza. Założyciele zgromadzili typowe dla tamtych czasów wyposażenie domowe i gospodarskie oraz kolekcję czepców haftowanych złotem, ceramiki i obrazów na szkle. Życie i społecznikowskie pasje oraz zasługi Gulgowskich to temat na osobny tekst, więc nie będę tego dzisiaj rozwijać – zachęcam jednak do przyjrzenia się tym postaciom podczas odwiedzin we Wdzydzach.

Dzisiaj skansen we Wdzydzach to 22 hektary pięknego terenu, malowniczo położonego na jeziorem Gołuń i zabudowanego ponad 50 obiektami. A z tego, co widziałam, to nie jest ostatnie słowo muzeum i będą kolejne budynki! Znajdziecie tu chyba wszystkie możliwe typy regionalnej architektury – chałupy, dwory, kościoły, karczmy, wiatraki, szkołę, kuźnię, budynki gospodarcze, warsztaty. Całe bogactwo budownictwa wiejskiego Kaszub, Kociewia i Borów Tucholskich, z autentycznym wyposażeniem.

Skansen to nie paździerz!

Wielu osobom skansen wciąż kojarzy się z czymś przaśnym i przykurzonym. Takim ludziom powinno się na receptę przepisywać wizytę we Wdzydzach! Już dojeżdżając, widać oznakowanie i nowoczesną identyfikację graficzną. To wrażenie potęguje się, kiedy przechodzi się przez budynek, w którym umiejscowiony jest muzealny sklepik i kasa. Naturalne, tradycyjne materiały (drewno i kamień) ładnie się tu łączą ze szkłem, a archiwalne fotografie z wspomnianą już nowoczesną grafiką. Taka przestrzeń, w której chce się być – zapowiada spotkanie z autentycznością, tradycją, ale przygotowane z myślą o współczesnym odbiorcy i jego przyzwyczajeniach estetycznych. Od razu czuje się, że ktoś miał na to miejsce pomysł i zależało mu, żeby od pierwszych chwil goście dobrze się tu czuli. Ten efekt potęgują jeszcze wizerunki założycieli skansenu umieszczone na szklanych drzwiach wejściowych.

Nawet szafki muzealne były w klimacie, idealnie wpasowane w design pomieszczenia!

Do tego dobrze zaprojektowana bezpłatna mapka pomagająca poruszać się po terenie – czytelna, zrozumiała, użyteczna, a jednocześnie spójna z identyfikacją wizualną. A po dotarciu do pierwszych obiektów okazuje się, że również zabudowania są świetnie oznakowane i opisane! Przy tak ogromnym terenie to podstawa komfortu zwiedzających, ale też duże wyzwanie – muzeum we Wdzydzach świetnie sobie z nim poradziło! Nie widziałam żadnych zagubionych odbiorców – wszyscy mijani ludzie wyglądali na zrelaksowanych i zaciekawionych tym, co jeszcze można zobaczyć.

Zamknięte a jednak otwarte

Pierwszy raz trafiłam do Wdzydz w dzień, kiedy muzeum było nieczynne. A mimo to można w takie dni wejść na teren skansenu, a nawet zobaczyć wnętrza zabudowań!

Jak to możliwe? Otóż część budynków ma przeszklone drzwi! A zatem mimo że są zamknięte, to widać, co jest w środku. Można też przeczytać opisy, które są umieszczone na słupkach na zewnątrz. Oprócz tego na zewnątrz też znajdziemy obiekty – a to motorower, a to buda dla psa, a to garnki na płocie, a to kiosk Ruchu… Na wielu z nich są zawieszone etykiety ze zdjęciami i ciekawymi, czasem poruszającymi tekstami.

Dzięki temu nawet, kiedy muzeum jest nieczynne, możemy z niego skorzystać i to bardzo satysfakcjonująco! Już sam spacer po terenie, obejrzenie wszystkich zabudowań z zewnątrz i poczytanie o nich, zejście nad brzeg jeziora i pogapienie się na przyrodę, a potem podumanie nad grobem Izydora i Teodory zajmie nam ze dwie godziny. Bardzo wartościowe, refleksyjne i relaksujące. A w bonusie możemy zajrzeć do części chałup i poczytać o obiektach na zewnątrz. W muzeum, które teoretycznie jest zamknięte! Absolutnie odbiorco-centryczne!

Widzę w tym głębokie zrozumienie potrzeb odbiorców i kontekstu zwiedzania skansenu. Najwyraźniej pracownicy muzeum wiedzą, że większość ich odbiorców to turyści, którzy zaglądają tu przy okazji swoich podróży. Dlatego część z nich nie będzie miała okazji przyjechać kolejnego dnia, bo będą już gdzie indziej. Dobrze więc, żeby mimo wszystko nie odbili się od zamkniętych drzwi i na tyle, na ile się da, doświadczyli tego, co oferują Wdzydze. Podejrzewam, że dzięki temu wielu tych ludzi, jak tylko będą mieli okazję, wróci tu ponownie – tym razem w dniu otwarcia muzeum! Tak jak ja.

Mów do mnie jeszcze

To, co szalenie mi się we Wdzydzach podobało, to teksty! Albo szerzej: komunikacja. Miałam wrażenie, że ktoś mnie widzi i do mnie mówi. Prosto, bezpośrednio, zrozumiale. Bez protekcjonalności, ale ciekawie.

Czasami przemawiały do mnie wprost obiekty – na przykład maluch, czyli fiat 126p. Trzeba przyznać, że mówił lepiej niż wielu muzealników 😉 Jasno, konkretnie i dowcipnie.

Nawet na tych przeszkleniach, dzięki którym można zajrzeć do środka, kiedy muzeum jest zamknięte, znajdowały się krótkie teksty. Na przykład pytania w stylu: „Kto tu mieszkał?”, „Do kogo należały te narzędzia?”. Pytań jest więcej i znajdują się w różnych miejscach – to jeden z moich ulubionych zabiegów tekstowych (bo są krótkie, uruchamiają ciekawość i potrzebę domknięcia poznawczego, czyli uzyskania odpowiedzi).

Sporo jest też krótkich stwierdzeń, które również przykuwają uwagę, bo są napisane dużym fontem. Na pierwszy rzut oka mogą się wydawać banalne, przynajmniej dla muzealnika, ale wcale takie nie są, a już na pewno nie dla zwiedzających. Np. takie zdanie: „Każda muzealna kolekcja o czymś opowiada”. Niby oczywiste, ale to dobre zaproszenie do autotematycznej opowieści o tym, czym są muzea, co robią, jak konstruują swoje przekazy. Jeśli dobrze pamiętam, to akurat był tekst z ekspozycji dla dzieci, ale mimo prostoty języka informacje „muzeologiczne” były zapewne ciekawe i nieoczywiste dla dorosłych odbiorców. Zwłaszcza te na temat idei i historii skansenów – nie każdy przecież je zna.

Interwencje muzealne

Właśnie te muzealne wtręty były dla mnie szczególnie ciekawe. Te wszystkie momenty, w których muzealnicy ujawniali swoje interwencje – informacje, jak coś było rekonstruowane, co jest oryginalne, a gdzie musieli użyć nowszych elementów. Najłatwiej to dostrzec w chałupie edukacyjnej, w której znajduje się najwięcej tego typu komentarzy – np. że w wiejskiej chacie z danego okresu nie było łazienki, ale dla wygody uczestników zajęć została tam umieszczona albo że gaśnicę powieszono dla bezpieczeństwa. W tym budynku znajdziemy też sporo mikrotekstów wyjaśniających albo pochodzenie albo przeznaczenie przedmiotów.

Ludzka twarz

Całe muzeum jest przesycone obecnością założycieli. Witają nas w drzwiach, są bohaterami autotematycznej wystawy, możemy pójść na ich grób, dowiadujemy się, że ich potomkowie nadal mieszkają we wsi. Znajdujemy sporo informacji biograficznych, które mogłyby znaleźć się w encyklopedycznej notce. Rozumiemy ich znaczenie dla zachowania i rozwoju lokalnego folkloru, rękodzieła, sztuki. Wiemy, że Izydor był nauczycielem i pisarzem, a jego żona malarką i animatorką rozwoju kaszubskiego haftu. Ale poznajemy ich również jako ludzi – widzimy zdjęcie uśmiechniętego Izydora leżącego na trawie podczas pikniku i dowiadujemy się, że Teodora lubiła koty.

Ta historia wciąż się toczy

Przy jednym z krańcowych obiektów umieszczonych niedaleko płotu oddzielającego skansen od sąsiadów możemy znaleźć tablicę o współczesnych domach (lub domu – już nie pamiętam). O tym, kiedy zostały zbudowane, o architekturze, o dominujących w danym czasie stylu. Co pokazuje, że kaszubska, tucholska i kociewska wieś nadal żyje, powstają inne domy, z innych materiałów, mieszają się style (i budowania i życia). Ale też przypomina nam, że to, co dzisiaj jest obiektem w skansenie czy innym muzeum, kiedyś służyło ludziom, było ich codziennością, ich „tu i teraz”. A to, czym my się dzisiaj otaczamy, w jakich domach żyjemy, jak wygląda nasza praca, kiedyś będzie odległą historią…

Mogłabym tak długo, ale po prostu… musicie tu przyjechać, jeśli jeszcze nie byliście. Albo wrócić i popatrzeć na to wszystko od UX-owej strony, czyli dbania o użytkownika.

Przyznaję się do kradzieży!

Na koniec muszę się jeszcze do czegoś przyznać. Ukradłam ze skansenu dwie rzeczy… Na szczęście nie materialnie, tylko intelektualnie. Zainspirowałam się etykietami przy obiektach na zewnątrz i tekstami ujawniającymi i wyjaśniającymi współczesne elementy w historycznych budynkach.

Na wystawie „Ostatnie lato” przy kilkunastu przedmiotach użyliśmy dyskretnych fiszek inspirowanych tymi wdzydzkimi oraz tekstu wyjaśniającego obecność współczesnych przedmiotów (typu gaśnica, klimatyzatory, czujniki). Było to idealne rozwiązanie do tego typu ekspozycji – nie ma tu podpisów przy obiektach, bo to wystawa w stylu rekonstrukcyjnym (choć rekonstrukcją nie będąca), która ma być „do używania” (kiedyś to szerzej opiszę).

Fot. HaWa/CMWŁ

Niniejszym więc dziękuję autorom tego pomysłu za kapitalną inspirację!

Podsumowanie – trzeba tam być!

A zatem to kolejna po Praniu rekomendacja na weekendowy albo wakacyjny wyjazd. Tu również można połączyć strawę intelektualną z odpoczynkiem w ciszy i w zieleni – zwłaszcza, jeśli przyjedzie się poza szczytem sezonu. Okolice są idealne do spacerów, jazdy rowerem, pływania kajakiem czy biwakowania pod namiotem. A jesienią koniecznie grzybobranie w okolicznych lasach – w końcu Bory Tucholskie to mekka dla nas grzybiarzy!

A jeśli chcecie poczuć klimat skansenu we Wdzydzach, to polecam zdjęcia z artykułu opublikowanego na Never Stop Exploring. Zdecydowanie lepsze niż moje, nastawione na dokumentację rozwiązań wystawienniczych 😉

Jeśli natomiast interesuje Was historia polskiego „skansennictwa”, to polecam książkę „Czas przeszły zatrzymany. Kulturowa historia skansenów w Polsce i w Szwecji” Łukasza Bukowieckiego.

*Ten pierwszy na świecie skansen nazywa się… Skansen, mieści się w Sztokholmie i do dziś jest najczęściej odwiedzaną instytucją kultury w Szwecji.

Tekst powstał w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego na rok 2024.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *