Pierwsza w Polsce wystawa sensoryczno-historyczna?

Wybrałam się do Muzeum Miasta Gdyni na wystawę “W Gdyni nie pada”. Skusiła mnie deklaracja, że to “innowacyjna wystawa historyczno-sensoryczna, której koncepcja wykracza poza ramy współczesnego muzealnictwa”. Śledzę nowe podejścia wystawiennicze, więc nie mogłam przepuścić takiej okazji! 

Jak (nie) oceniam?

Zanim przejdę do omówienia wystawy, przypomnę, że nie jestem recenzentką i nie feruję wyroków. Uważam, że wystawy robimy dla publiczności i to publiczność je ocenia. A mnie najbardziej ciekawi to, na ile intencje twórców wystawy spotykają się z odbiorem publiczności. 

Dlatego przede wszystkim patrzę, jak ludzie zachowują się na wystawie. Co przyciąga ich uwagę, a na co nawet nie spoglądają. Gdzie spędzają najwięcej czasu, a gdzie wydają się znudzeni lub zdezorientowani. Itd itp. 

Drugie spojrzenie to takie, które wiąże się z moimi doświadczeniami – czy to z obszaru edukacji muzealnej czy tworzenia wystaw. Każda wystawa to dla mnie ćwiczenie intelektualne – patrzę i zastanawiam się, jak ja bym podeszła do tematu, jakich rozwiązań użyła, co zrobiłabym inaczej. Co nie znaczy, że zrobiłabym lepiej. Po prostu głośno myślę. A też mam ten komfort w roli zwiedzającej, że nie mierzę się z ograniczeniami, których doświadczali twórcy. 

Jak zachowywali się zwiedzający?

W czasie mojego pobytu w muzeum na wystawę “W Gdyni nie pada” przyszły wyłącznie rodziny z małymi dziećmi. Wydaje mi się, że najstarsze dzieci, jakie widziałam, miały po 5-6 lat. Nie widziałam dzieciaków, które już umiałyby czytać, młodzieży albo dorosłych bez dzieci. Być może to efekt tekstu opisującego wystawę, w którym czytamy, że można na niej “brykać, biegać, dotykać, zjeżdżać, hałasować – a przy okazji odkrywać fascynującą historię bałtyckiego wybrzeża”, który sugeruje, że to wystawa dla najmłodszych.  Wprawdzie dalej jest o międzypokoleniowości, ale być może to również odczytano jako sygnał, że to propozycja dla odbiorców rodzinnych? Albo po prostu tak trafiłam.

I faktycznie! Dzieci głównie biegały, zjeżdżały z pochylni (klif) i wdrapywały się nią. Upocone i z wypiekami na twarzy 🙂 Niektóre – te najmłodsze albo te najbardziej zmęczone – siedziały też na poduszkach imitujących kamienie z plaży. Jednak niezależnie od intencji twórców wystawy nie odkrywały historii przy okazji. Rodzice skupiali się natomiast na pilnowaniu dzieci i odkrywaniu, jakie jeszcze atrakcje czekają na dzieci, więc nie pełnili roli przewodników po części historycznej. Raczej tłumaczyli, co można robić na wystawie i wypatrywali atrakcji dla najmłodszych. Niektórym udało się spojrzeć na kilka obiektów lub zdjęć, ale raczej z własnej ciekawości niż żeby opowiadać o wystawie dzieciom. Czuwanie nad dziećmi było – co zrozumiałe – priorytetem dla rodziców.

W efekcie doświadczenie dzieci przypominało pobyt w figloraju. Tylko takim „wyestetyzowanym” – bo aranżacja wystawy jest wysmakowana, spójna wizualnie i robi wrażenie nie tylko na dziecięcym odbiorcy. A “historyczność wystawy” i w ogóle kontekst muzealny były w moim odczuciu listkiem figowym do tej dziecięcej aktywności. Chociaż przebywanie w estetycznej przestrzeni na pewno ma też walor edukacyjny.

Zresztą przez wprowadzającą część “historyczną” z tekstami o początkach gdyńskiego letniska większość rodzin w ogóle nie przechodziła. Rodzice z dziećmi wchodzili przez salę z imitacją morza i stamtąd kierowali się do dalszej części wystawy, z pominięciem początku ekspozycji. Dzieci ponownie ożywiały się przy klifie/zjeżdżalni, a rodzice przy strojach kąpielowych – to było jedyne miejsce, w którym część rodziców próbowała dzieciom pokazać jakiś obiekt z wystawy.

Dzieci niewątpliwie dobrze się bawiły na wystawie! I pewnie wyszły z miłymi skojarzeniami z MMG! Czy czegoś się nauczyły lub dowiedziały? Czy poznały historię Gdyni lub poczuły klimat dawnego letniska? Raczej nie. Przynajmniej nie te, które obserwowałam. Czy to źle? Nie wiem. Może zamierzeniem twórców wystawy było oswajanie dzieci z instytucją i budynkiem muzeum? Może wystarczające było pokazanie, że w muzeum może być “fajnie” i “aktywnie”. Może trafiłam na taki weekend, kiedy przyszły rodziny z dziećmi zbyt małymi lub energicznymi na to, żeby rodzice próbowali z nimi “zwiedzać” wystawę. Poza tym wystawa to tylko punkt wyjścia do pracy z publicznością – są jeszcze oprowadzania, warsztaty, spotkania. Dopiero ogląd całości pozwala mówić o efektach.

Czy w Gdyni faktycznie nie pada?

Niestety padało, kiedy tam byłam 😉 W oba dni weekendu. Jak widać, zaklęcia nie zawsze działają… Akurat to o pogodzie kuratorka ujawniła w walltekście jako myślenie życzeniowe. 

Ale na wystawie, a w zasadzie w jej komunikacji, pojawiło się jeszcze inne zaklęcie. To o pierwszej w Polsce wystawie sensoryczno-historycznej wykraczającej poza ramy współczesnego muzealnictwa. Fakt czy też myślenie życzeniowe (albo marketing)?

Nie widziałam na tej wystawie niczego, czego nie widziałabym na innych wystawach dla dzieci – choćby w Państwowym Muzeum Etnograficznym w Warszawie. By sięgnąć po pierwszy z brzegu przykład, czyli wystawę “Kwiaty Polskie”. Tam dzieci też mogły wykonywać różne aktywności, a największą atrakcją było wdrapywanie się pod sufit “stodoły” oraz przerzucanie boksów-snopków. Interakcje były wokół obiektów i tematów związanych z dawną obrzędowością, wierzeniami, naturalnym rytmem pór roku, a elementem spajającym były kwiaty. W myśl podejścia gdyńskiego, wystawa warszawska powinna być zatem “innowacyjną wystawą sensoryczno-etnograficzną”. A wystawy w eksperymentatoriach i centrach nauki “innowacyjnymi wystawami sensoryczno-naukowymi”. 

Dlatego mam wątpliwości co do tej formuły o innowacyjnej wystawie sensoryczno-historycznej. O historyczności już trochę mówiłam – ten aspekt tylko w niewielkim stopniu był percypowany przez rodziny z dziećmi. Nie do końca też przekonywał mnie wybór słów/zjawisk, które zostały zdefiniowane dla dzieci, jak i same definicje. Również w części przeznaczonej dla dorosłych zabrakło mi trochę spójności – teksty odbieram jako nierówne, niektóre są napisane bezpośrednio, sugestywnie i prostym językiem, niektóre brzmią jak z podręcznika do historii, a część jak ze szkolnego wypracowania. Tak jakby pisały je różne osoby, albo pochodziły z różnych źródeł, a całość nie została przetworzona i wyekstrahowana przez jedną głowę. 

Znając bogate zbiory muzeum spodziewałam się też chyba więcej obiektów na wystawie – innych niż płaskie zdjęcia, mapy, druki itp. Co ciekawe, część z “trójwymiarowych” obiektów  jest umieszczona w zaskakujących dla mnie miejscach – np. podwieszonych pod sufitem. Wiem, że mogło to wynikać z chęci uniknięcia gablot na wystawie, a zarazem z potrzeby ochrony przed dotykaniem muzealiów. Zwłaszcza, że wystawa była komunikowana jako sensoryczna, a zatem również do “dotykania”. Sprytnie więc umieszczono je poza zasięgiem rąk zwiedzających. I nawet by mi to nie przeszkadzało, gdyby nie fakt, że niektórych  wręcz można było nie zauważyć – jak lewitujące kapelusze, widoczne chyba tylko ze szczytu zjeżdżalni.

Nie połknęłam narracyjnego haczyka, nie zostałam wciągnięta w opowieść. Nie poczułam też klimatu dawnego letniska, bo wydaje mi się, że aranżacja i scenografia wystawy raczej próbowała oddać  “morskość” niż przeszłość  miasta. Najbardziej sugestywne elementy aranżacyjne to morski kolor ścian, filcowe wodorosty w morskiej kolorystyce, tkaninowa imitacja morza i kamienie przypominające te z plaży. Zdjęcia przedwojennej Gdyni i letników były na tyle małe, że nie stanowiły wizualnej przeciwwagi dla “morskich” elementów. 

Momentami wyzwaniem było też dla mnie określenie “pozycji chronologicznej”, z której prowadzona jest narracja. Mamy i końcówkę XIX wieku, i początek XX wieku, i dwudziestolecie międzywojenne. A samo dwudziestolecie to czas takiego fermentu i dynamicznych zmian, że w zasadzie o każdej dekadzie albo pięciolatce powinniśmy mówić osobno, albo przynajmniej zakorzeniać stwierdzenia w datach. Zwłaszcza przy opisie strojów i obyczajów plażowych mnie to uderzyło. Ale może też dlatego, że tutaj wyraźnie zmienił się język i standard opisów. 

Czas na drugi element komunikatu o wystawie, czyli sensoryczność wystawy. Można było wdrapać się na zjeżdżalnię (klif) i z niej zjechać. Usiąść na kamieniach albo leżaku. Dotknąć filcowych wodorostów. Wejść do tkaninowej imitacji zbiornika wodnego i złowić pluszową rybkę. Namalować coś kredkami – np. kopię jednego z licznych obrazów o tematyce morskiej albo własne dzieło. Można też było popatrzeć na promienie słońca (instalacja przy oknie). Czyli można było dotykać, siadać, ruszać się. Nie było elementów dźwiękowych – według oficjalnych informacji ze względu na komfort osób nadwrażliwych na tego typu bodźce (choć to zwykle rozwiązuje się przez możliwość użycia słuchawek). Nie było też zapachów – pewnie z tego samego powodu. Nie było smaku ani niczego, co by przywoływało jego mentalną reprezentację. Nie było oddziaływania na skórę – ciepłem, zimnem, podmuchem.

Zabrakło mi naturalnych doznań sensorycznych kojarzących się z wypoczynkiem nad morzem – położenia stopy na piasku, dotyku prawdziwego kamienia, włożenia stopy do wody, poczucia wiatru na skórze, posłuchania (w słuchawce) szumu fal lub muszli, poczucia oślizgłości wodorostu, poczucia (lub choćby wyobrażenia sobie) smaku jakiegoś dawnego nadmorskiego smakołyku. Wiem, że to wszystko jest dostępne kilkadziesiąt metrów dalej na plaży i że może nie ma sensu odtwarzanie tego na wystawie. Ale czy większy sens jest w dotykaniu sztucznych tkanin, chodzeniu boso po wykładzinie, zjeżdżaniu po metalowej zjeżdżalni i kolorowaniu kredkami?

Gdybym robiła taką wystawę, to postawiłabym albo na zbudowanie klimatu dawnego letniska i próbę stworzenia doświadczenia czegoś, czego już nie ma, ale jakoś było podobne do tego, co wciąż możemy przeżyć nad morzem. Albo poszłabym w tematykę morską, żeby eksplorować fascynujący, tajemniczy i niewidzialny z brzegu podmorski świat. Wystawa próbuje połączyć oba światy, przez co moim zdaniem efekt się rozmywa.

Nie widzę ani komunikowanego przez muzeum nowatorstwa sensorycznego (w porównaniu z innymi wystawami dla odbiorców rodzinnych) ani nie wciąga mnie opowieść historyczna. A już na pewno one się nie splatają – w takim sensie, żeby jedna wynikała z drugiej, żeby wzajemnie się wzmacniały, a zwiedzający odbierali historię nie tylko głową, ale też zmysłami. Bardziej odbieram to jako dwie różne wystawy – jedną dla małych dzieci (o trochę bajkowym morskim świecie), a drugą o historii miasta-letniska.

Widziałam, że dzieci dobrze się bawiły w swojej części – a to prawdopodobnie najważniejsze! Nie widziałam dorosłych zwiedzających część historyczną, ale na pewno są i tacy, tylko po prostu w wakacyjny weekend trafiłam na samych odbiorców rodzinnych. Może to też kwestia komunikacji wystawy – na dwóch pozostałych ekspozycjach byli w tym czasie dorośli zwiedzający. 

W sumie wystawa mi się podobała, a zmysł krytyczny uruchomiła nie tyle sama ekspozycja co komunikowanie jej jako innowacyjnej, pierwszej w Polsce wystawy sensoryczno-historycznej. Uczciwie muszę jednak przyznać, że w polskich muzeach wciąż jest za mało wystaw rodzinnych, a najmłodsi odbiorcy rzadko mają okazję zetknąć się z wyrafinowaną estetyką. Z tej perspektywy MMG zrobiło kawał dobrej roboty.

Co mi się podobało?

Wystawa ma wiele plusów. 

Wrażenie robi morska aranżacja i jej rozmach (np. ogromne wodorosty czy stosy “kamieni”) – jeśli coś się na tej wystawie odbywa “przy okazji”, to jest to moim zdaniem edukacja estetyczna. Super, że dzieci mogą pobyć w przestrzeni innej niż “kolorowo-plastikowa”. 

Podobał mi się walltekst wprowadzający do wystawy. Szkoda, że zwiedzający, których obserwowałam, go nie czytali – ale to problem większości walltekstów niestety. Ten podpowiada, co można robić na wystawie i czego doświadczyć. Napisany jest prostym i odwołującym się do zmysłów językiem, adekwatnym do założeń ekspozycji. Co ciekawe, osobny akapit dotyczy części historycznej, a osobny sensorycznej – umacnia to moje odczucia, że tak naprawdę mamy tu dwie wystawy pod jednym szyldem, każda z nich jest w gruncie rzeczy adresowana do innej grupy odbiorców. 

wystawa muzeum gdynia

Plusem wystawy jest podjęcie takiej próby – żeby w jednej przestrzeni mieć ofertę dla różnych pokoleń i zorganizować to tak, by opiekunowie mogli połączyć opiekę nad dziećmi z oglądaniem “dorosłej” wystawy. Chociaż nie wiem, czy przy bardzo małych dzieciach jest to możliwe, tak po prostu. Opieka nad dzieckiem i czuwanie nad jego bezpieczeństwem zawsze będzie dla większości dorosłych priorytetem. 

Ta wystawa to też dowód na to, że MMG umie dostrzegać potrzeby swojego otoczenia i na nie odpowiadać. Instytucja nie tylko wykształciła sobie lokalnych odbiorców działań edukacyjnych, więc ma dla kogo robić takie wystawy, ale też dostrzega drugą „naturalną” publiczność, jaką są turyści spędzający czas na sąsiadującej z muzeum plażą. Temat i założona wielopokoleniowość wystawy to odpowiedź na potrzeby obu tych grup. I na sytuacje, kiedy jednak nawet w Gdyni pada (ale nie w muzeum!).

Z mojej perspektywy plusem jest też czas trwania wystawy – od lipca do lutego. Cieszę się, że powoli kończy się era wystaw otwieranych na 2-3 miesiące. Przygotowanie ekspozycji to zwykle ogromny koszt (ekonomiczny i ekologiczny) oraz równie duży wysiłek organizacyjny. Dlatego wystawy powinny pracować dłużej, żeby więcej osób je obejrzało, a poniesione koszty były bardziej uzasadnione. Wydaje się, że MMG wybrało optymalny dla tego projektu czas ekspozycji. 

Odwiedźcie to muzeum!

Przy okazji obejrzałam też pozostałe wystawy MMG i po raz kolejny przekonałam się, że stała wystawa bardzo dobrze się starzeje i broni się bardziej niż niektóre nowsze projekty! Przywraca też wiarę w to, że ludzie jednak czytają teksty na ekspozycji – jeśli są one sensownie wplecione w całość, a obiekty i elementy wizualne wręcz domagają się komentarza. Albo trafiłam na wyjątkowo zaangażowanych zwiedzających, albo wystawa jest tak zrobiona, że odbiorca czuje potrzebę dowiedzenia się czegoś więcej. Pomocne jest też to, że nie ma się wrażenia przebodźcowania na wystawie (szerokie przejścia, dźwięki tylko w słuchawkach, duża powierzchnia wystawiennicza) i jasne wskazówki nawigacyjne (np. sekcji tematycznych, niektóre teksty wyklejone na podłodze). 

A poza wszystkim miło jest w tym miejscu być. Bliskość morza, przyjemna przestrzeń w samym muzeum i przede wszystkim pani obsługująca kasę i muzealny sklepik! Promieniuje energią, uśmiechem, życzliwością i poczuciem humoru. Do tego bardzo sprawnie obsługuje oba powierzone obszary i jest niezwykle pomocna. To na dzień dobry buduje przyjazną atmosferę – poczułam się mile widziana, ugoszczona i chciana w muzeum. 

Dlatego zawsze będę polecała wizytę w tym muzeum. Nie tylko kiedy w Gdyni pada!

Tekst powstał w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego na rok 2024.

,

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *