Jak zrobiliśmy Ostatnie lato?

Dzisiaj kolejne studium przypadku. Tym razem biorę na warsztat własną wystawę. Pokazuję, jak współtworzyłam radykalnie pomyślaną wystawę „dla ludzi”.

Gdzie jesteśmy? Miejsce akcji

Zjawiskowa drewniana willa, trochę jak z Otwocka, a trochę jak Hogwartu. Przeniesiona do Centralnego Muzeum Włókiennictwa w Łodzi z dawnego podmiejskiego letniska – miejsca, w którym na początku XX wieku wyrastały wakacyjne rezydencje fabrykantów i innych przedstawicieli łódzkiej śmietanki towarzyskiej. Ale Ruda Pabianicka ze swoimi atrakcjami – lasem, czystym powietrzem, stawem, kinami, torem wyścigów konnych, kwaterami i gastronomią na różne kieszenie – przyciągała na letni lub niedzielny wypoczynek również inne grupy społeczne. Każdy spragniony wytchnienia od miejskiego hałasu i dymu z fabrycznych kominów mógł tu dojechać z Łodzi tramwajem. Po wojnie willa – jak większość podobnych budynków – została znacjonalizowana i podzielona na mieszkania. W szczytowym okresie mieszkało tam 18 rodzin.

Co z tym zrobić?

Willa trafiła do muzeum w opłakanym stanie. Przez kilka lat stała nieużywana i nieogrzewana. Kiedy wreszcie dzięki unijnym pieniądzom udało się przywrócić jej blask, muzeum stanęło przed wyzwaniem zagospodarowania budynku. Pomysły były różne – od wystawienniczych po kawiarnię. Kawiarnia okazała się niemożliwa z powodów technicznych oraz wątpliwa biznesowo. A dwie próby wystaw pokazały, że wnętrze willi jest tak sugestywne, a przestrzeń ma tyle ograniczeń ekspozycyjnych, że nie ma sensu z tym walczyć. Lepiej to wykorzystać.

Czego chcieli ludzie?

Ale te próby wystawiennicze miały sens. Dzięki nim zwiedzający mogli w końcu wejść do willi i zobaczyć, jak wygląda w środku. A ja mogłam z nimi porozmawiać (byłam koordynatorką pierwszej wystawy po remoncie). Podczas Nocy Muzeów, kiedy przychodzi trochę bardziej zróżnicowana publiczność, dowiedziałam się dwóch ciekawych rzeczy. Otóż, ludzie chcieli:

  • żeby w środku można się było czegoś dowiedzieć o historii willi, o miejscu i czasie, z którego pochodziła;
  • żeby „coś można” – dotykać, usiąść, odpocząć, pobyć dłużej w willi.

Również przewodnicy miejscy, nasi stali goście, sugerowali, że willa powinna opowiadać o sobie – bo tego spodziewają się ludzie, którzy ją widzą. Chcą do niej wejść i przenieść się do czasów jej świetności.

Mamy to!

I tak wyłonił się i temat i pomysł na wystawę. Zamiast walczyć z wnętrzem willi, postanowiliśmy je „odtworzyć” i pozwolić odwiedzającym korzystać z niego, zamiast je „zwiedzać”. A ponieważ willa pochodziła z podmiejskiego letniska, to temat wystawy – czas wolny i odpoczynek – sam się wyłonił.

Tak powstała idea wystawy do używania – w której niemal wszystkiego można dotykać, używać i spędzić tyle czasu, ile się chce, niczym gość dawnego letniska.

Ale! Życie lubi skomplikować najbardziej oczywiste pomysły. Okazało się, że nie zachowały się jakiekolwiek zdjęcia przedwojennych wnętrz ani tej, ani żadnej innej willi z Rudy Pabianickiej (a przynajmniej nam nie udało się do nich dotrzeć). Za to nasz archiwista w toku kwerendy, która bardziej przypominała śledztwo, ustalił, że willa ma bardziej skomplikowaną historię niż myśleliśmy, a przez większość czasu służyła raczej jako wielorodzinny budynek mieszkalny niż letniskowy. Wszyscy się zdziwiliśmy, bo miejska legenda obwołała ją „willą Szai Światłowskiego”, kupioną dla podratowania zdrowia żony Klary, chorej na suchoty. Tymczasem żona miała na imię Tauba i albo szybko wyzdrowiała, albo właściciele zachowali tylko część willi na letni wypoczynek, a resztę wynajęli lokatorom różnych wyznań i narodowości. Nie byli też jedynymi przedwojennymi właścicielami budynku.


Jak sobie poradziliśmy z komplikacjami?

Te niespodziewane komplikacje finalnie wyszły wystawie na dobre. Mogliśmy zadziałać jak filmowcy – prawdziwą historię potraktować jako inspirację do stworzenia bardziej uniwersalnej opowieści. A do urządzenia wnętrza użyć solidnej dawki wiedzy o przedwojennych willach, letniskach, mieszkaniach, która pozwoliła nam wyobrazić sobie, jak mogła wyglądać willa wynajmowanej letnikom w podłódzkiej miejscowości. Pomogły nam w tym zdjęcia z Otwocka, Podkowy Leśnej, Kolumny, ówczesne katalogi mebli i wyposażenia wnętrz, archiwalna praca i specjalista od wzornictwa międzywojennego.

Mogliśmy też wykreować fikcyjnych bohaterów opowieści – trzypokoleniową rodzinę, która przyjechała na letnisko na czas kanikuły. A jak wiadomo, czasem fikcja pozwala opowiedzieć więcej o historii niż prawdziwa biografia. Wymyślonym bohaterom łatwiej nadać uniwersalny rys.

fot. HAWA


Łatwiej też było osadzić naszą opowieść w konkretnym czasie – zdecydowaliśmy się na lato 1939 roku, co dodało historii dodatkowego ładunku emocjonalnego. Choć o wojnie właściwie nie mówimy – trzymamy się tematu odpoczynku i czasu wolnego. Jednak uważny zwiedzający znajdzie w szufladzie ulotkę mobilizacyjną, a w gazetach i audycji radiowej wychwyci zbliżające się zagrożenie. Ale lato było tak upalne tego roku, że łatwo było ulec pokusie niemyślenia o tym, co może się stać…

A o historii prawdziwej willi opowiadamy jeszcze przed wejściem na wystawę. Tak, żeby od razu zaspokoić ciekawość dotyczącą samego budynku. Tekst jest syntetyczny, podzielony na łatwe w percepcji, krótkie akapity. A jeśli ktoś chce dowiedzieć się więcej, może za pomocą QR-kodu uzyskać dostęp do podcastu, w którym nasz archiwista-detektyw opowiada o swoich odkryciach.

Mamy zatem na wystawie klasyczną jedność czasu, miejsca i akcji. Ale też jedność miejsca i tematu.

W przedwojennej willi z podłódzkiego letniska wyczarowaliśmy przedwojenne wnętrze służące wypoczynkowi. Wykreowaliśmy „typową” rodzinę, która może sobie pozwolić na wynajęcie willi na lato. Stworzyliśmy ją w taki sposób, żeby przez bohaterów pokazać jak najwięcej form (i artefaktów) spędzania czasu wolnego w latach trzydziestych XX wieku. A zwiedzających zaprosiliśmy do odwiedzenia naszego letniska w roli gości.

Wystawa do używania

W rolę gości letniska wprowadza zwiedzających sugestywny, wręcz niemal hipnotyczny tekst. Z jednej strony od razu zanurzamy odbiorcę w opowiadaną historię, a z drugiej dajemy sygnał, że „tu można”. Dotykać obiektów, używać ich, bawić się nimi. Spróbować gry w serso, poczytać na werandzie, przejrzeć archiwalną prasę, zagrać na pianinie, pobawić się przedwojennymi zabawkami, przymierzyć modne w XX-leciu międzywojennym stroje i akcesoria. A nawet poszperać w szufladach letników.

Opowieść ożywa dzięki odwiedzającym.

Okazaliśmy się na tyle skuteczni w tym zabiegu, że grupka emerytek przy stoliku brydżowym wyjęła nawet (własną!) nalewkę… Na szczęście takie zapędy ogranicza regulamin stylizowany na poradnik dobrych manier, który z powodzeniem mógłby ukazać się w przedwojennej prasie.

A jeśli wolę dowiadywać się niż doświadczać?

Dla odbiorców lubiących na wystawie zdobywać wiedzę i czytać teksty przygotowaliśmy nie tylko krótką historię prawdziwej willi, ale też kilka innych typów tekstów.

Naniesiona na całą ścianę mapa przedwojennej Rudy Pabianickiej kryje całą serię mikro-tekstów na temat walorów letniska (np. architektura, kino Muza, wyścigi konne, woda, gastronomia, las) oraz informacje powojennych losach dzisiejszej dzielnicy Łodzi. Wystarczy obrócić któreś z kółek wrysowane w mapę.

HAWA

W przestrzeni wystawy umieściliśmy dyskretne zawieszki z archiwalnymi zdjęciami, które na rewersach mają krótkie teksty o wybranych przedmiotach albo zjawiskach. Celowo nie wyglądają jak podpisy i opisy do obiektów. Miały się wtapiać we realizm wnętrza, a nie przypominać, że jesteśmy na wystawie.

HAWA

Dla najbardziej głodnych wiedzy przygotowaliśmy pokój współczesny, w którym opowiadamy o przedwojennej turystyce i powodach, które sprawiły, że jej rozkwit przypadł na lata trzydzieste. A jeśli ktoś pragnie jeszcze więcej informacji, znajdzie też salkę kinową, gdzie może obejrzeć film o ówczesnej architekturze oraz przejrzeć książki i albumy, z których korzystaliśmy w pracy nad wystawą.

HAWA
HAWA

Odpocznij!

Jednak najważniejsze jest fizyczne doświadczenie tematu wystawy, czyli odpoczynku i czasu wolnego. Willa zachęca do wejścia w tryb relaksu i zwolnienia tempa, pobycia razem lub pogłębienia kontaktu ze sobą.

HAWA

Zanurzamy się w przedwojenne wnętrze, które wciąż jest atrakcyjne – pełne kolorów, zieleni, światła i najlepszego polskiego wzornictwa. Nie ma ścieżek zwiedzania, obiektów do obejrzenia, koncepcji intelektualnej do zdekodowania.

HAWA


Jest przyjemność zanurzenia się w życiu, za którym często tęsknimy. Takim, w którym otaczamy się pięknem, rozkoszujemy się promieniami słońca na werandzie, prowadzimy ciekawe życie towarzyskie, ale też jesteśmy twórczy i zaangażowani społecznie. Takie skojarzenia niosą przedmioty, które wypełniają willę – np. meble wypoczynkowe, sztaluga, aparat fotograficzny, maszyna do pisania, mapa i czekan, stolik do gry w brydża albo szachy, książki i gazety czy jadłospis proszonej kolacji.

Między nami muzealnikami

HAWA

To że udało się osiągnąć efekt lekkości w odbiorze, nie znaczy, że w tle nie wykonaliśmy solidnej pracy muzealnej i muzeologicznej.

Były przyziemne wyzwania jak konserwacja i zabezpieczenie obiektów, prace remontowe, konieczność zakupu mnóstwa przedmiotów (od drobnych do wielkogabarytowych) od prywatnych właścicieli, w komisach, antykwariatach, na portalach aukcyjnych i giełdach staroci, transporty z całej Polski. A wszystko w ekstremalnie krótkim czasie (ze względu na kalendarz dotacyjny i sezon urlopowy). Było wyzwanie pozyskania i rozliczenia grantu na tak nietypową wystawę. Nie zawsze łatwo było też znaleźć wykonawców idealnych replik – zabawek, kapeluszy, owoców, czy spatynowanych przedruków.

Ale z punktu widzenia muzeologicznego ciekawsze były inne wyzwania i dylematy:

  1. Czy maskować czy ujawniać wraz z komentarzem współczesne ingerencje w zabytkowe wnętrze?
    Co zrobić z klimatyzatorami, zamontowanym wcześniej oświetleniem ekspozycyjnym, licznymi i nadmiarowymi gniazdkami elektrycznymi, oznakowaniem ewakuacyjnym czy windą dla osób mających trudności z poruszaniem się?
    Część ukryliśmy albo „spatynowaliśmy” – np. niektóre gniazdka usunęliśmy, a część opraw wymieniliśmy na stylizowane, ebonitowe, zrobiliśmy osłony do klimatyzatorów. A do rozwiązań zapewniających bezpieczeństwo i komfort przygotowaliśmy komentarz zamieszczony na tabliczce wewnątrz willi.
  2. Jak zasygnalizować odbiorcy, że opowiadamy o fikcyjnej rodzinie? Piszemy o tym we wstępnym walltekście i we wszystkich dłuższych opisach wystawy. „Literackość” tych postaci sygnalizuje też mikrohistoria, która rozpoczyna wystawę. Wyraźnie też oddzieliliśmy storytelling od tekstu o prawdziwej historii willi – inne miejsce w budynku, inny nośnik, inna konwencja narracyjna.
  3. Czy muzeum może użyć wizerunku ludzi, którzy nie istnieli? Czy może je wygenerować z pomocą AI? Uznaliśmy, że może, o ile tego nie ukrywa. Zresztą, nie da się tego ukryć. Wprawne oko zauważy, że wizerunek naszej fikcyjnej rodziny jest sztucznie wygenerowany – w czasie, kiedy tworzyliśmy te materiały narzędzie było jeszcze mocno niedoskonałe. Można więc powiedzieć, że w pewnym sensie, przy okazji, dokumentujemy możliwości AI dostępne latem 2024. A dzięki takiemu rozwiązaniu unikamy szeregu problemów, które wiążą się z korzystaniem z prawdziwych wizerunków.
  4. Jak pogodzić bezpieczeństwo obiektów z ideą „wystawy do używania”? Odpowiedź jest prosta – większość przedmiotów „z epoki” kupiliśmy specjalnie na wystawę z pieniędzy grantowych i nie wprowadziliśmy na inwentarz. Dzięki temu ewentualne zużycie lub zniszczenia nie są tak problematyczne jak w przypadku muzealiów. Druga grupa obiektów to repliki – na nie zdecydowaliśmy się przy przedmiotach łatwo się zużywających (np. przedruki prasy, zdjęć, odszyte stroje) oraz przewidzianych do używania przez dzieci (np. repliki zabawek Manitiusa czy domku dla lalek). A obiekty z naszych kolekcji – np. część kilimów – będziemy cyklicznie wymieniać, żeby nie narażać ich na zbyt długie eksponowanie. Rzeczy, które chcielibyśmy bardziej chronić, ukryliśmy za „naturalnymi” barierami – np. w witrynach mebli.
    Natomiast w pokoju współczesnym, w którym nie ukrywamy „muzealności” i do którego wchodzi się po opuszczeniu świata wykreowanego, zdecydowaliśmy się na jedną gablotę – ale wkomponowaliśmy ją w ścianę, przez co jest niemal niewidoczną zasłoną dla kilku pokazywanych tam obiektów.
    Wszystkie okna zostały wyklejone przezroczystą folią zatrzymującą promienie UV, wprowadziliśmy stylizowany regulamin zwiedzania, zamontowaliśmy szafki na torby w piwnicy willi, ustaliliśmy limity osób jednocześnie przebywających na wystawie oraz zamontowaliśmy kamery (o czym informujemy w regulaminie).
    Jak dotąd nie wydarzyło się nic, co by odbiegało od eksploatacji innych wystaw.

Co testowaliśmy?


Mimo ekspresowego tempa przygotowywania budynku do ekspozycji i tworzenia wystawy, udało nam się kilka elementów przetestować przed wyborem ostatecznych rozwiązań. Sprawdzaliśmy na przykład:

  • wielkość kroju pisma w przestrzeni wystawy, na próbnych wydrukach – żeby wallteksty były czytelne;
  • dopasowanie dywanów do wnętrz – przywieźliśmy ich znacznie więcej do testów niż finalnie kupiliśmy; podobnie było z wybranymi meblami, serwisami porcelanowymi, kolorem zasłon itp;
  • działanie interakcji typu przekręcane kółka wrysowane w mapę – czy są na dobrej wysokości, czy dosięgnie ich osoba na wózku inwalidzkim, czy okleina nie będzie się zdzierać itp.;

Z udziałem zewnętrznej publiczności oraz współpracowników z muzeum przetestowaliśmy też działanie tekstów wprowadzających – wybór finalnej wersji mikrohistorii, to na ile przekaz jest zrozumiały, czy opowieść wciąga, czy w którymś momencie odbiorca traci uwagę itp. Proces testowania opisałam w osobnym artykule. Są tam też konkretne wskazówki, jak takie testowanie zorganizować.

Jak działa wystawa?

Sprawdzania, jak wystawa oddziałuje na publiczność, nie zakończyłam z chwilą jej otwarcia. Regularnie bywam w willi i przypatruję się, jak ludzie się zachowują – i jestem zaskoczona jak gładko wchodzą w rolę aktywnych użytkowników letniska. Mimo lat muzealnej tresury – nie dotykać! nie zbliżać się do obrazu! proszę o ciszę! – ludzie grają w szachy i flirt towarzyski, szkicują przy sztalugach, rozsiadają się w fotelach, głośno rozmawiają, bawią się w pokoju dziecięcym, odsłuchują opowieści ciotki bawiącej w Zaleszczykach. Czasem nie nadążamy dokładać papieru w maszynie do pisania, a pianino wkrótce będziemy musieli ponownie nastroić!

Cieszę się również, że odwiedzający zauważają i czytają teksty wprowadzające do wystawy. To oznacza, że testy miały sens, a pisanie prosto i sugestywnie sprawia, że ludzie jednak czytają (wbrew temu, co często słyszę). A skoro odwiedzający swobodnie zachowują się na wystawie i wchodzą w rolę letników, to znaczy, że tekst otwierający jest też skuteczny w komunikowaniu idei „Ostatniego lata”.

Najprzyjemniejsze zaś są komentarze w stylu „Czy można tu zamieszkać? Chociaż na kilka dni?”. To ten moment, kiedy wiem, że zrobiliśmy dobrą robotę i wystawa naprawdę jest „dla ludzi”.


Twórcy wystawy

Kuratorzy i scenografowie: Magdalena Gonera i Filip Appel
Teksty: Marzena Wiśniak
Konsultant merytoryczny: Marcin Siedlarek

Współpraca: Marcin Antczak (historia willi), Filip Finke (patynowanie), Andrzej Jankowski (kwerendy), Daniel Okrasa (repliki strojów), Joanna Więckowska (redakcja i korekta), Izabela Żak (głos w telefonie), Przemysław Żak (adaptacja techniczna gramofonu, radia i telefonu)

Producent: Amadeusz Urbanek
Identyfikacja wizualna, dźwięk, przedruki: Filip Appel

Wystawa to zawsze wysiłek zbiorowy. Od pozyskania funduszy, przez przygotowanie umów i zamówienia publiczne, pozyskanie i konserwację obiektów, prace remontowo-budowlane, działania promocyjne i edukacyjne, konsultacje merytoryczne i techniczne aż po sprzątanie i rozliczenia. Nie każdą pracę widać, ale każda jest ważna i jesteśmy za nią wdzięczni!

Podziękowania dla osób i instytucji, które pomogły nam w zdobyciu obiektów i wyposażenia wnętrz: Dominice Ostrowskiej z rodziną, Karolinie Dzikowskiej, Muzeum Warszawy, Tatrzańskiemu Parkowi Narodowemu, Muzeum Etnograficznemu w Krakowie, sklepowi Roślinnik.

Tekst zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego na rok 2024 roku

,

Jedna odpowiedź do „Jak zrobiliśmy Ostatnie lato?”

  1. […] do wirtualnego spaceru po wystawie „Ostatnie lato”. Przenieśmy się na przedwojenne letnisko i zobaczmy, jak aranżacja wspierała efekt podróży w […]

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *