Dzieci gorszego boga, czyli zdigitalizowane obiekty

Jak najlepiej spożytkować w muzeum trud digitalizacji? Czy obiekty cyfrowe są dla publiczności online, a fizyczne dla osób przychodzących na wystawy? Co by było, gdybyśmy pokazywali je jednocześnie? Jak jeszcze możemy wiązać ze sobą świat fizyczny i cyfrowy? Jak podejść do wystaw wirtualnych? Dzisiaj kilka praktycznych przykładów. 

Nie planowałam tekstu na ten temat, bo nie czuję się tu ekspertką. Ale wywołał go w komentarzu na LinkedIn Marcin Wilkowski, który prowadzi stronę https://humanistyka.dev. Skorzystałam więc z tej okazji do przemyślenia związków pomiędzy światem fizycznych obiektów i światem ich cyfrowej reprezentacji. 

Nowe możliwości, stare nawyki

Z tekstu Marcina dowiedziałam się, że dzięki zastosowaniu narzędzi AI możemy robić niezwykłe rzeczy ze zbiorami. Odczytać fragmenty zwęglonych starożytnych zwojów, uzupełnić zniszczony fragment obrazu, maszynowo koloryzować tysiące starych zdjęć, wykrywać symbole na papirusach, automatycznie tłumaczyć rękopisy na współczesne języki. Ale też analizować setki tysięcy archiwalnych dokumentów i wykrywać nowe relacje między dawnymi państwami, urzędami lub historycznymi postaciami. 

Mam jednak wrażenie, że im więcej potrafimy cyfrowo, tym bardziej się nam w muzeach te dwa światy –  wirtualny i analogowy – rozjeżdżają. Osobno myślimy o odbiorcach cyfrowych i odbiorcach wystaw (co do pewnego stopnia ma oczywiście sens, bo nasze zbiory mogą interesować kogoś na drugim końcu świata, kto raczej na wystawę do nas nie przyjedzie). A polskie wystawiennictwo wolno absorbuje nowe możliwości technologiczne – wciąż szczytem nowoczesności są multimedia, jako wartość sama w sobie. 

Rzadko widzę połączenie tych światów, robione tak, żeby osiągać synergię z tego zestawienia. Zastanówmy się więc, jak można te światy łączyć? 

Doświadczenia immersyjne

To na razie chyba najbardziej spektakularne zastosowanie nowych technologii w wystawiennictwie. W Polsce widzieliśmy Van Gogha i Fridę Khalo, a z rodzimych projektów mamy Beksińskiego Live. Natomiast na świecie to już osobny i ogromny sektor branży rozrywkowej. Do tego stopnia, że w samym Londynie jest tyle takich propozycji, że pojawiają się rankingi w stylu “25 najlepszych doświadczeń immersyjnych w Londynie”

Tylko właśnie… to bardziej rozrywka niż robota muzealna. Co nie zmienia faktu, że muzeum jako właściciel atrakcyjnych zbiorów może stać się liderem albo partnerem takiego projektu. Jak muzeum w Sanoku, w którym znajdują się prace Beksińskiego. 

Poszerzanie narracji

Immersyjne wystawy to oczywiście skomplikowane i drogie projekty. Ale każdy z nas może łączyć świat cyfrowy z wystawami niemal bezkosztowo. Na przykład dodawać do fizycznych obiektów rozszerzenia cyfrowe. 

Podam kilka przykładów ze swojej praktyki, żeby lepiej wyjaśnić, co mam na myśli:

Doklejanie filmów do eksponatów
Tworzymy w dziale edukacji serię filmów “Historia jednego obiektu”, w którym staramy się w ciekawy i nieoczywisty sposób opowiadać o przedmiotach pokazywanych na wystawie “Łódzkie mikrohistorie. Ludzkie mikrohistorie”. Ta wystawa to storytellingowa rekonstrukcja wnętrz, więc nie ma tam podpisów przy eksponatach. Ale do tych sfilmowanych obiektów dokładamy dyskretny kartonik z QR kodem. Zwiedzający_a może go zeskanować i obejrzeć – w trakcie zwiedzania albo już w domu. Jednak pierwotnym odbiorcą filmów jest publiczność cyfrowa – w pierwszej kolejności publikujemy je na naszym edukacyjnym Facebooku. Pełnią też rolę wizytówek zapraszających na wystawę.

Doklejanie materiałów źródłowych do katalogów
Kiedy tworzy się wystawy, gromadzi się mnóstwo materiałów. Archiwalne dokumenty i artykuły prasowe, wywiady ze świadkami wydarzeń, pamiętniki, fotografie, filmy itp itd. Czasem wydają nam się tak fascynujące, że umieszczamy je na wystawie. Odporni na bolesną świadomość, że raczej nikt nie będzie oglądał 3-godzinnego filmu albo czytał 100-stronicowego raportu czy 20 artykułów w trakcie zwiedzania. Ale można umieścić QR kody do tych zasobów w katalogu do wystawy – książkę zwiedzający_a zabierze bowiem do domu i tam może wygodnie, w dowolnym czasie poeksplorować wybrane materiały. Tak zrobiłyśmy w katalogu do wystawy “Miasto-Moda-Maszyna”

Poszerzanie walltekstów
Na wystawie “Ostatnie lato”, której jestem współkuratorką, mamy trochę nietypową sytuację. Przygotowujemy rekonstrukcję wnętrz, ale nie konkretnego budynku, w którym działamy – raczej odtwarzamy wyobrażoną willę letniskową. Losy prawdziwej willi potoczyły się inaczej: szybko stała się wielorodzinnym domem mieszkalnym. Chcemy więc oddzielić te dwie opowieści – historyczną i wyobrażoną. Dlatego przygotowujemy opis historii realnego budynku, z konieczności bardzo krótki. A trudno w trzech tysiącach znaków zmieścić ponad stuletnią historię willi, która tylko przed wojną miała ośmiu właścicieli, a pod jej dachem łącznie mieszkało kilkadziesiąt osób. Zaś całą tę historię dopiero odtwarzamy. Dlatego walltekst pozostanie zwięzły, ale umieścimy pod nim kod prowadzący do strony, którą będziemy sukcesywnie rozbudowywać o kolejne materiały.

Zestawianie obiektów cyfrowych z fizycznymi
Tego jeszcze nie robiłam, ale efekt może być kapitalny! Cyfrowa reprezentacja daje możliwość pokazania tego, czego nie zobaczymy w fizycznym obiekcie na wystawie – tyłu lub spodu obiektu, sygnatury lub metki, niewidocznego gołym okiem detalu lub pęknięcia. Na wystawie pokazujemy zwykle eksponaty po konserwacji, a cyfrowo możemy utrwalić ich stan przed odnowieniem albo pokazać kolejne fazy renowacji. Jeśli zerwiemy z modelem “albo-albo”, czyli że albo prezentujemy obiekt fizyczny albo zdigitalizowany, zyskujemy fascynujące możliwości wystawiennicze. Możemy obok siebie postawić oryginalny przedmiot oraz tablet z jego cyfrowymi reprezentacjami, na których będzie widać to, co na oryginale niewidoczne albo co zostało z niego usunięte (np. ślady zniszczenia). Przy okazji uzyskujemy metapoziom opowieści – o tym, jak muzealnicy ingerują w materię obiektów, jak je pokazują i co ukrywają. 

To oczywiście wymaga odpowiedniego zdigitalizowania obiektu. A przede wszystkim zerwania z myśleniem, że digitalizacja to taśmowe fotografowanie obiektów. Najpierw musimy zastanowić się, po co w ogóle digitalizujemy swoje zbiory, jak planujemy je wykorzystać oraz  jakie potencjały ma obiekt fizyczny, a jakie cyfrowy.

Wystawy wirtualne

To temat na osobny artykuł, więc tutaj go tylko zasygnalizuję. Jestem zwolenniczką bardzo świadomego i starannego projektowania takich wystaw. Tak, żeby – pozornie nowoczesne – nie cofały nas do czasów, kiedy ekspozycja była zbiorem (albo wręcz zbieraniną) obiektów w gablotach, z trudnymi w odbiorze podpisami. Z tą tylko różnicą, że teraz gablotę zastępuje ekran. 

Wystawy online to inne medium, inne warunki odbioru, inne motywacje i potrzeby użytkowników. Dlatego warto znaleźć na nie swój sposób – taki, w którym ta odmienność będzie atutem. 

Możesz chociażby:

  • dobierać obiekty tak, jak nie byłoby to możliwe na fizycznej wystawie: zestawiać zbiory z wielu muzeów, w tym takie, których nie masz szans wypożyczyć albo które nie mogłyby być długo eksponowane;
  • poddawać obiekty różnym rodzajom obróbki – powiększać, pomniejszać, pokazywać, jak mogły wyglądać wcześniej, animować;
  • dodawać opisy tekstowe lub głosowe albo dać osobom oglądającym wybór, jak bardzo szczegółowe mają te teksty być (np. specjalistyczne, standardowe, uproszczone);
  • wgrać komentarz albo manifest kuratorski;
  • dodać wybrane materiały źródłowe;
  • stworzyć sekcję komentarzy, w której odbiorczynie i odbiorcy będą mogli dzielić się wrażeniami z wystawy lub zadawać pytanie.

Ale! Choć medium jest odmienne, to nadal wystawa. A zatem wymaga staranności w przygotowaniu. Do stworzenia fizycznej wystawy angażujemy osoby od merytoryki, aranżacji, projektów graficznych, redakcji tekstów. Wystawę cyfrową oczywiście możemy zrobić mniejszym nakładem sił, ale niech to nie będzie wrzucenie 100 zdjęć i opisów zaciągniętych z muzealnego systemu ewidencji zbiorów. Dokonajmy merytorycznego wyboru, przygotujmy teksty adekwatne do grupy docelowej i poddajmy je redakcji, zaprojektujmy graficznie widoki, które będą się wyświetlały odbiorcom, pamiętajmy o ujednoliconej fotoedycji zdjęć itd.

Jeśli nie mamy takich możliwości, to nie nazywajmy naszej prezentacji zdjęć i opisów wystawą. Bo dewaluujemy to słowo i wysyłamy sygnał, że każde zestawienie przedmiotów, plansz czy materiałów cyfrowych można nazwać wystawą. A tym samym, że my muzealnicy niczego specjalnego nie umiemy i nie robimy. 

Mam świadomość, że dzisiejszy tekst to bardziej szkic niż zamknięty artykuł. Być może będzie okazja, żeby te tematy pogłębić. A może jest wśród Was ktoś, kto zajmuje się digitalizacją zbiorów albo organizacją cyfrowych wystaw i chciałby się podzielić swoimi doświadczeniami? 

Tekst powstał w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego na rok 2024.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *